Biuro matrymonialne > Szczęśliwe historie > Historia Lili i Michała

Człowiek z samotnego atomu wchodzi w relację...

Lila i Michał
quote

Sceptycznie do miłości z Internetu...

  • Lila, 35 latinformatyk, Warszawa
  • Michał, 38 latprawnik,
(wiek w momencie poznania się)
arrow down
 
  •  
    Pierwsza wiadomość
    Pierwsza wiadomość
  • 2010-05-15
    Pierwsze spotkanie
    Pierwsze spotkanie
  •  
    Zaręczyny
    Zaręczyny
  •  
    Ślub
    Ślub

Sceptycznie do miłości z Internetu... Nie umawiałam się nigdy przez portal randkowy, nie szukałam takiej oferty. Boję się tego, jak cholera.

A może randka z Internetu?

Lila: Słyszałam za to wiele śmiesznych opowiastek jak może skończyć się randka z Internetu od koleżanek - niektórzy faceci np. nakładali im na dzień dobry ręce na piersi itd... Nie, to nie w moim stylu. Ja to wiecie... splendid isolation. Jako, że randkowanie jest nudne - przebiega według tych samych schematów - przestałam randkować. Bo to zawsze kończyło się fatalnie - znudzeniem, zniecierpliwieniem - takim somatycznym, że czasem aż nie można opanować wstrętu. A w związku z tym, że w wirtualu wiesz jeszcze mniej, no to ta droga już zupełnie nie wchodziła w grę. No bo co, gdy się trafi na jakiegoś kalekę psychicznego? (Ja - nie chwaląc się - notorycznie na takich trafiałam!) A jak okaże się nudny i będzie miał kiepskie buty? A jak będzie miał kiepskie także palce i paznokcie?! A jak nie daj Bóg będzie nudny, z kiepskimi butami i paznokciami i na dodatek będzie nosił polar i będzie miał brązowy garnitur zębów i kupi mi jedną zdechłą pąsową różę na muskularnej długiej nodze? O nie, ja nie mogę aż tak ryzykować! Żadne darmowe portale randkowe, żadne takie! Trzymałam się tego jak osioł.

Michał: No nie taki młody. Duchem bardziej niż krzyżykami na karku. Bo sporty, znajomi, pstro w głowie. Ale jednak już po rozwodzie. I z synem. Dorosłym, na studiach, z dawnej historii jeszcze znacznie przed ślubem. Dobry, uczciwy, taki po prostu fajny. Ale ma jedną wadę. Samotny. I syn marudzi, że randki internetowe są dla looser'ów. Ale...

L: Któregoś cudnego wieczora oddawałam się z premedytacją nieskomplikowanym rozrywkom. Takim jak byczenie się (a raczej kobylenie) z miską żarcia, kieliszkiem wina pod ciepłym kocem i skakanie po kanałach. Leciał "Zakochany bez pamięci", a ja myślałam, że mogłabym jeszcze kiedyś zakochać się. Albo nie - bo ja tęsknić nie lubię i nie znoszę, jak jest sentymentalnie. A od romantyzmu to mnie mdli. I zmieniałam, szybko zmieniałam. Lecz, cholera, mój mózg wyraźnie tego potrzebuje. Znowu "Zakochany..". Po czym znowu ucieczka... i w ten sposób nadziałam się na panią - domyślam się, że od pijaru - która opowiadała o doskonałym algorytmie doboru partnerów na takim jednym portalu. Jak słyszę "algorytm doskonały" to jako tester oprogramowania od razu muszę znaleźć w nim błąd. I tak po kolei: rejestruję się, wypełniam Test Doboru Partnerskiego (ojeju, ile tego!) iiii... nic, bo jeszcze przelew. Ale potem był mail, że dostałam od MyDwoje prezent z okazji urodzin. I byłam wzruszona, bo myślałam, że tylko mama będzie pamiętała. Plus jeszcze parę spraw - znaczy koleżanek, które nie próbują i zawsze są same - wszystko to razem sprawiło, że postanowiłam podnieść nogę i ostrożnie przekroczyć granicę. No co? Tylko mućka nie zmienia poglądów - czasy się zmieniły, zmieniła się epoka, to i ja mogę... Teraz randkują nawet młodziaki, dla których jest to rozrywka dla singla, sposób spędzania czasu, czy nawet styl życia: takie urozmaicenie, element niewiedzy, zaskoczenia...

M: Środek nocy. Drugi kieliszek wina. Artykuł w poczytnym tygodniku, że profesor Andrzej Rutowski stworzył super test, który bada obszary osobowości, wpływające na trwałe relacje partnerskie... Szukam w necie... jest. Zaczynam wypełniać. Oj, od początku widzę, że to nie żadne tam internetowe wygłupy... Czy mam się zalogować? Trzeci kieliszek wina.. a niech będzie, takie dziwne czasy, że nie na uczelni, w pracy czy na imprezie. To może tu kogoś poznam – w Internecie!

L: Pierwszy opis dałam całkiem zachęcający - że poszukuję szczęśliwego zakończenia i takie tam. Zaraz potem była pierwsza - no, randką to to trudno nazwać - skucha. Facet obraził się, bo go nie poznałam. A jak niby miałam, dostając zdjęcie sprzed 10 lat? a? Nastąpiła diametralna zmiana opisu z ciekawy profil randkowy - na całkiem zniechęcający. Wiedziałam, że jak napisze, to tylko wariat. Nikt nie pisał. No to ja postanowiłam przejąć inicjatywę. I popisałabym sobie, gdybym gdziekolwiek znalazła jakiś punkt zaczepienia. Znalazłam: "Wszyscy mnie lubią, wiedząc że jestem prawnikiem". Kolejny zakochany w sobie bufon. Napisałam "i co z tego? ".. czy jakoś tak... w odpowiedzi przyszedł mail całkowicie bufonady pozbawiony.

M: Ona do mnie napisała! Kobieta robi pierwszy krok. Panowie, mieliście to! Rzadko się zdarza, żeby dziewczyna napisała pierwsza, ale tu proszę. Aaa, nie, nieważne co napisała ;) Zagaiła po prostu. No dobra, powiem, że tak po głębszej analizie mojego profilu mogła mnie odebrać jako zarozumiałego gbura. I na początku…

L: Nigdy nie zwracałam na to uwagi. Śmiałam się, że no fajnie – macie 99%, ale o ten 1% to można się pozabijać! :)

M: 69%... No z czym do ludzi, myślę. Ale jednak coś mnie zaintrygowało w jej profilu. No proszę Was, kto czytał takie odpowiedzi dziewczyn: „Zainteresowania: normalnie jak wszyscy: alkohol, walki pięściarskie, brit spears. Ulubiona kuchnia: inna: czysta. Gdybym jednej osobie mógł przyznać order: what do you want to order?..."
Pomyślałem, że Adamka lubię, kuchnię mam czystą i zamówić też coś by można: order dla mamy na przykład. Odpisałem.

L: Najpierw śmy - wiadomo – odrobinę popisali wiadomości. A ponieważ nie mam talentu literackiego, szybko przeskoczyliśmy na skypa. I wtedy nastąpiła reakcja łańcuchowa: mnóstwo godzin, podczas których nie mogłam się nadziwić, że ja tak potrafię i tak można - tyle godzin słuchania i to bez przerywania, chociaż zawsze wszystkim przerywam. Natomiast Michał do woli zaspokajał potrzebę gadania tłumioną, zdawałoby się, od pokoleń...

M: Tak naprawdę o niczym konkretnym. Trochę o jej profilu, trochę o mnie. I chyba to było to: muzyka. A jaka? Każda. A teraz? Intro Dr. Housa, a czemu pytasz? Bo – przypomniałem sobie radę szacownego doktora: Sometimes we can´t see why normal isn´t normal. Czy tu zaczęły się wspólne zainteresowania? Tego nie wiem, ale zaraz potem zaproponowała Skype. Że ke? – zapytałem. Wyjaśniła szybciej niż pomyślałem i tak zaczęły się nieprzespane noce i... po omacku przeżywane dni. Od wtedy tak zawsze, co dzień? Tak. Nie wierzycie? Ja też nie, ale gdybyśmy nie rozmawiali ze sobą wieczorem (w nocy raczej) to... smutno? źle? pusto? Nooo…… ;)

Miłość przeniesiona z Internetu do realu

L: Wreszcie przyszedł moment, aby zapoznać się z rodziną – póki co na zdjęciach :) Na pytanie "A zgadnij kto to?" odpowiedziałam bez namysłu brat - tak sądząc po wieku. "A nie, bo mój syn, hehe..". A ja skonstatowałam, że ten syn to wygląda tak, że mogłabym z nim zamiast z tatusiem i dyscyplina umysłowa mi się roztentego, bo powiedziałam "to szok!". Gdyby na Skypie można było rzucać słuchawką, to taki właśnie dźwięk byłoby słychać.. no kretyn. A przecież dalej miałam powiedzieć: i chapeau bas! Że ci się udało, że nie poddałeś się, nie siadłeś i nie obwiniałeś całego świata... Jednak to nie Michał kretyn, tylko net-kretyn, bo wziął i padł. A teraz przez net to ja wychodzę na małostkową kretynkę. Cholera cholera cholera! Gdy już udało się go zreanimować, zaczęłam tłumaczyć, ze cholera jasna to nie tak i zastanawiałam się dlaczego ja tak przejmuję się tym, co on sobie myśli i czuje...

M: Skoro to tak, to może warto się spotkać. Toż wysłałem maila treści następującej, wykazując się dowcipem rodem z hipermarketu: „Małe piwko wieczorkiem? W realu. No nie w sklepie przecież.. ;)” I co? Nie dość, że się zgodziła, to jeszcze – uwaga! – łamiąc wszelkie zasady bezpieczeństwa, przyjechała po mnie sama przed północą, swoim samochodem... A gdybym był psychopatą?! Na nieszczęście dla tej historii nie jestem (oj, bo by się wtedy działo...!), wieczór był naprawdę super! Muzeum, LiLu, samochód, LiLu, Chopin, kawiarnia, jej dłonie, muzeum PRLu, zielone oczy, znowu muzeum... Tup, tup, no kiedy wreszcie usta...! Nie nerwowo, przyjdzie czas..

L: Na pierwsze spotkanie wybraliśmy noc muzeów. Kto raz był, ten wie - kolejki, tłok, nie da się wejść nigdzie, gdzie człowiek by chciał. W końcu obejrzeliśmy jakąś wystawę. Co najmniej mało interesująca była, a i tak było super! Udana randka!

M: 90% oceny drugiego człowieka to pierwsze wrażenie. Przynajmniej na początku. Ale to właśnie był początek, więc pierwsze odczucia są determinujące. Ładna. Śmieszna. Z uśmiechem i reakcjami dziewczynki. Z dystansem do siebie, do mnie, do sytuacji. No właśnie tego oczekiwałem od osoby, z którą miałbym się spotykać. No, znaczy nudno nie może być. I żeby się chciało chcieć. Nie było nudno, oj nie.. ;) I chciało się.. ;)

L: Kolejny moment przełomowy - chałupa. Pokaż mi swoją klatkę, a powiem Ci kim jesteś. Po wizycie zaczęłam podejrzewać, że jest kobietą. Spodziewałam się typowej kawalerskiej nory, zapuszczonej, w której z każdego kąta wyziera abnegacja, do tego lepka podłoga, brak papieru toaletowego, mydła w płynie, a nawet drzwi do łazienki. A tu, panie dziejku, wszystko czyściutkie, lśniące i pachnące, a już w kompletne osłupienie wprawił mnie widok kwiatowych żeli pod prysznic ;). A przecież to ja jestem pedantem. Podobno kiedy wchodzę do pomieszczenia mój wzrok szuka brudu. A mama podając mi sweter lub zapraszając na fotel zawsze mówi "to jest czyste"... A oprowadzał mnie wszędzie, włącznie ze strychem. No dobra, z wyjątkiem piwnicy... tam pewnie ukrywa ciała pod świeżą betonową wylewką :D

M: No jasne, że się później spotkaliśmy. Nie wiem jak LiLu (zupełnie jak LiLu Dallas, Multipass... z 5 Elementu Luc`a Bessona ;), ale codzienne wieczorne rozmowy na Skype to jedno, a spotkać, musnąć dłoni, powąchać, posmakować ( ekhem, jeśli wiecie o czym piszę... ;) to jednak co innego. I o tym zacząłem myśleć każdego dnia. Obsesyjnie? Nie... no proszę… w ogóle. Tyle, że cały czas.. ;) Zaczęliśmy bywać u siebie i – to może subiektywnie – czuć się swobodnie i dobrze w swoich, dotychczas zupełnie innych i nieznanych sobie klimatach. Podoba mi się u niej. Ale nie to jest najważniejsze. Ona podoba mi się u mnie.. A to nowość...

L: Kiedy się domyśliłam, że to już nie zabawa, a sprawa robi się bardzo delikatna? ... dosyć wcześnie – kazał mi wysłuchać piosenki. Specjalnej. I jeszcze wcisnął do ręki książeczkę z tekstem, żebym przypadkiem nie opuściła ani słowa... Michaś, a teraz weź i mnie zabij! - nie mam pojęcia, co to było! :D Kompletnie nie mogłam się skoncentrować... ;)
I tak mija nam dzień za dniem na poznawaniu się i serii olśnień-zaskoczeń-zatrybień. Jednym z zaskoczeń jest fakt, jak bardzo się myliłam - cieszyłam się, że jestem sama, bo gdy tylko myślałam o związku, miłości, przypominałam sobie mękę docierania się, dostosowywania, naginania i te wszystkie ustępstwa, na które podobno musowo trzeba iść. A teraz patrzę na rzeczy, które  robimy we dwoje - mecze, kościół, zwiedzanie zamkniętego stadionu, grzebanie w ziemi, wieczory opowiadaczy, pisanie tego tekstu.. Sama omijałabym to wszystko szerokim łukiem. Się zmieniam. Bo zwyczajnie chcę. I jakoś nic mi nie uwiera. Pomimo, czasami, poważnych rozbieżności - podobieństwa i różnice. A wręcz domagam się... wymiany myśli, muzyki, upodobań, wiedzy, zainteresowań – tego wszystkiego, dzięki czemu człowiek z samotnego atomu wchodzi w relację i staje się cząsteczką. Zaskoczonam też, że kogoś takiego tutaj spotkałam. Michał ideałem nie jest, ale: ma ładne stopy i nie nosi polara... :D A serio - ma w sobie pewną niedokończoność: nie wymuskany, ale i nie abnegat; nie metro, ale i nie redneck; nie przeintelektualizowany, nie dogmatyczny; twardo stąpający po ziemi wariat. Zresztą - co to niby takiego ten ideał?
To ja już kończę, bo robi się zbyt sentymentalnie :)

M: Jest. Znalazła się. Pamiętacie, jak każdy z nas zapisując się to tego portalu marzył o tym, żeby za kimś tęsknić? Nie móc zasnąć bez rozmowy? Martwić się, jak nie odbiera? Albo jeszcze co innego, jak ma Liluś: a czy to aby na pewno na poważnie, czy tylko dla jaj? Ale powiedz mi wcześniej, jeśli już nie? Ale na pewno? Może jednak nam się wydaje, no powiedz... „Nie wydaje mnie się” jak mawiał Czarnuch z „Chłopaki nie płaczą”. Mnie też się nie wydaje, aby to miała być pomyłka. I nie jest. Dlatego to piszę. Dlatego kasuję konto, czyli marzenie każdego, kto trafił na ten portal. Nie dlatego, żebym go nie lubił. Wręcz przeciwnie nie mam nic naprzeciwko: więcej takich historii miłości i par a... zbankrutujecie... :) To żart oczywiście, ale jeżeli Waszym celem jest doprowadzanie ludzi do tego, aby się poznawali i potem byli ze sobą szczęśliwi, żeby odnaleźli się miłość – to po prostu Wam się udało. Powodzenia innym.

P.S. Panowie pamiętajcie: jak dziewczę pierwsze do Was napisze – to musi być coś na rzeczy. Don`t mess up. I didn`t... :))))))))))))))))

Lila i Michał

 
życzenia
Podobne pary: 30+
Agnieszka i Sławek
Dagmara i Zbigniew
Karolina i Aleksander

Podobne pary: po przejściach/ po rozwodzie
Alicja i Andrzej
Joanna i Roman
Gabriela  i Łukasz

Podobne pary z mazowieckie / Warszawa
Katarzyna i Jan
Magdalena i Dominik
Karolina i Michał

Dołącz do nas!
* POLA OBOWIĄZKOWE
e-mail:*
hasło (min. 6 znaków):*
powtórz hasło:*
jestem:*
  kobietą piksel
  mężczyzną
data urodzenia:*
skąd znasz mydwoje.pl:
*Akceptuję Regulamin oraz Politykę prywatności Serwisu
Tak, chcę być informowany o w trendach i ofertach specjalnych dla Singli. Rezygnacja jest możliwa w każdej chwili.

lub zarejestruj się przez Facebooka
facebook register
Zadzwoń lub napisz do nas




tel: (22) 201 25 89
fax: (22) 201 25 87


codziennie 9.00 - 24.00
Twarze MyDwoje
Oferty zagraniczne mężczyzn
poprzedni
następny
MyDwoje - krok po kroku

powered by WEB interface
Serwis MyDwoje.pl wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie.
Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.   Akceptuję
zamknij