Biuro matrymonialne > Szczęśliwe historie > Historia Zofii i Jana

Koniec z samotnością! Ucieknij od samotności jak Zofia i Jan.

Zofia  i Jan
quote

Szczęśliwa historia Zofii i Jana

  • Zofia , 60 latinżynier zootechnik,
  • Jan, 62 latapolitolog,
(wiek w momencie poznania się)
arrow down
 
  •  
    Pierwsza wiadomość
    Pierwsza wiadomość
  •  
    Pierwsze spotkanie
    Pierwsze spotkanie
  •  
    Zaręczyny
    Zaręczyny
  •  
    Ślub
    Ślub
Zofia  i Jan zdjęcie 1
Zofia  i Jan zdjęcie 1

Dwa nieudane związki, w których byli, nauczyły ich ostrożności, dlatego wychowanie i przywiązanie do dzieci było dla nich najważniejsze. Te jednak szybko się usamodzielniły, a Zofii i Janowi zaczęła doskwierać samotność. Pytanie tylko - jak szukać tego Jedynego? Przypadkiem trafili do MyDwoje.pl i nie kryjąc swoich wad i zalet, zarejestrowali się. Zastanawiali się trochę, czy partner po rozwodzie - jak oni oboje, ma szansę na odnalezienie miłości? 87 procentowa zgodność Testu Doboru Partnerskiego spowodowała, że nawiązali kontakt. Na początku rozmawiali poprzez e-maile i telefon. W końcu postanowili się spotkać w realnym świecie i zweryfikować wyobrażenia o sobie. Koniec z samotnością! Dziś Zofia i Jan są razem. Zofia odnalazła tego jedynego, a Jan wymarzoną partnerkę. Serwisowi MyDwoje.pl opowiadają, jak dojrzewali do wstąpienia w nowy związek, jak rozwija się ich miłość...

Poszukując tego jedynego ucieknij od samotności

Jan: Trzynaście lat byłem singlem. Nie zawsze samotny, ale zawsze ostrożny i nieufny. Bo kto raz się sparzy – jak mówi przysłowie – ten na zimne dmucha. A gdy dwa razy się sparzy? Unika małżeństwa jak ognia.

Może to dziwne, ale z czasem trwałe związki zaczęły mi się kojarzyć z czymś zniewalającym, odbierającym człowiekowi wolność i samodzielność. Dlatego, gdy jeszcze żył mój ojciec, mawiał, że moje małżeństwo przypomina mu Związek Radziecki. Mama zaś twierdziła, że było jak źle upieczony placek; na zewnątrz miodzio, a w środku zakalec. Po latach można powiedzieć jedno: nie dopasowaliśmy się. Stopień tego niedopasowania był w obu przypadkach na tyle wysoki, że związki nie wytrzymały próby czasu. Związek nasz trwał dla dzieci. Z czasem, a byliśmy ludźmi światłymi, zrodziła się ciekawość. Zaczęliśmy zastanawiać się, jak by to było z kimś innym?

Zofia: Ze mną było podobnie. Dwa nieudane małżeństwa za sobą i pustka ostatnich siedmiu lat. Chociaż mówienie o „nieudanych związkach”, gdy wychowało się troje dzieci, jest chyba na wyrost. (...) Zauważyłam po swoich znajomych, którym rozpadły się małżeństwa, że dość często ich kolejne związki też nie zawsze są szczęśliwe. A dlaczego? Dzieje się tak zwykle wówczas, gdy po porażce zbyt szybko chcemy uciec od samotności. Gdy dzieci z pierwszego małżeństwa usamodzielniły się, a wraz z nimi mój kolejny małżonek, pozostałam na przysłowiowym lodzie. Rozpad małżeństwa czyli krajobraz po bitwie. Nie miałam przy sobie tego jedynego. Ogarnęła mnie pustka.

Jan: Ja rzadko odczuwałem samotność. Dość długo byłem społecznikiem, przebywając wśród ludzi. Kupiłem nowe mieszkanie i urządziłem je. Życie zmusiło mnie do tego, bym nauczył się prać, sprzątać i gotować. Byłem potrzebny córkom, dla których zawsze byłem podporą. Ba, stawiano mnie za wzór ojca zarówno przed, jak i po rozpadzie naszego małżeństwa. I chyba to przywiązanie do dzieci ważyło najdłużej na decyzji o pozostaniu samotnym. Miłości do dzieci nie potrafiłem już zamienić na inną. Przywiązanie dzieci do ojca też jednak nie trwa wiecznie. Nastał dzień, gdy córki przestały siadać na moich kolanach, a potem zaczęły krępować się chodzić po mieście trzymając ojca „za rączkę”.
Któregoś dnia zauważyłem, że współczesna działalność społeczna nie jest tym, czym była za PRL-u, gdy zbierało się za to punkty do opinii służbowej, często honory i gratyfikacje. Gdy umarł mój ojciec, spostrzegłem, jak mocno się postarzałem. Przed samotnością ratowałem się skutecznie odnajdując kolejne pasje, na które nie miałem czasu pracując zawodowo. Są jednak dni i okoliczności, gdy bardzo ciężko przed nią uciec. Są okoliczności, gdy nie ukryjesz braku, jakim jest odłamana połówka: brak kobiety. A do takich należały śluby i wesela w rodzinie. Chrzciny. Wreszcie święta. Wielkanoc 2007 roku była bardzo smutna. Córkom, które miały już ciekawsze zajęcia niż pozostawanie z ojcem, żeby odciążyć je od wyrzutów sumienia, powiedziałem, że jadę do matki. A matce, że spędzę je z córkami. W gruncie rzeczy zamknięty w czterech ścianach oglądałem telewizję. Lato minęło jakoś niepostrzeżenie, potem tak samo jesień i… nadeszły kolejne święta. Tym razem córki, które miały część Bożego Narodzenia spędzić ze mną, wpadły „tylko na godzinkę” w wigilijny poranek, żeby przełamać się z ojcem opłatkiem.

Zofia: Ze mną było podobnie. Chociaż nie: przecież jestem kobietą. Moje dzieci, a miałam ich trójkę, były jak dzieci sowy. Znacie tę historyjkę? Przyszedł kot do gniazda z pisklętami sowy, a ona prosi: nie zjedz moich dzieci, one są najpiękniejsze na świecie. Kot więc pyta: a gdzie są te brzydkie? – O popatrz – mówi sowa – tu obok jest gniazdo wilgi, a tam na leszczynie mysikrólika. Zobacz, jakie paskudne są ich pisklaki. Kot poszedł, sprawdził i z oburzeniem rzucił się na sowę. – Okłamałaś mnie! Nie ma brzydszych piskląt w okolicy. – I zjadł jej dzieci. A że matka się stawiała, pożarł i sowę. Tak, dla każdej matki najważniejsze są dzieci. Jej dzieci są najpiękniejsze, najzdolniejsze i w ogóle „naj”, za które to „naj” gotowa jest oddać życie. Żeby moich dzieci jakiś kot nie pożarł, chroniłam i broniłam je do końca. Aż wydoroślały i usamodzielniły się. A potem, jak u mojego przyjaciela z „My Dwoje” Jana, nastał czas, gdy rodzic zaczął zawadzać. Pozostanę przy znanych wszystkim funkcjach: babcia, pomoc domowa, gosposia. Na szczęście byłam na tyle samodzielna i dobrze zorganizowana, że wszystkim dzieciom udało mi się zabezpieczyć samodzielne mieszkania, że ani ja ani żadne z nich nie pozostaliśmy sobie na głowie na stałe. Jan wspomniał o swojej samotności. Odczuwałam ją także. Z wiekiem coraz mocniej. Nauczyłam dzieci troszczyć się o mnie. Czasami ta troską staje się nawet uciążliwą. – Mamo nie wolno ci… I tu w zależności od pogody, stanu zdrowia, nastroju, okoliczności etc. padały (padają) zalecenia. Ostatnie było charakterystyczne, bo wiązało się z ”MyDwoje.pl”. Gdy postanowiłam kupić sobie laptopa, moja córka zakazała mi: zaglądania na strony, na które mamom zaglądać nie wypada: „Broń Boże, żebyś otwierała jakieś pliki typu „Gadu – gadu”, czy inne towarzyskie. Od towarzystwa masz nas – dzieci”.
A tymczasem synowie przypominali sobie o mnie nie częściej jak raz na tydzień, dwa tygodnie. Dzwonili, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. Bo życie jest brutalne i czego jak czego, ale z wraz z jego upływem, zaczyna brakować czasu dla starej matki. A jeśli święta, to… Oczywiście, nikt tak jak matka nie ulepi dobrych pierogów, nie pomoże w przygotowaniu potraw. Najlepiej jednak, żeby to zrobiła i usunęła się w swój cień starości. 

Portal dla Singli pełnych nadziei

Jan: Życzenia świąteczne na Boże Narodzenie 2007 wysłałem do wszystkich, którzy mieli ze mną kontakt przez Internet, na kilka dni wcześniej. Nie wszyscy jednak mieli tyle czasu, co ja - człowiek samotny. Byłem pewien, że ktoś o mnie przypomni sobie w ostatniej chwili, dlatego zajrzałem do Internetu późnym wieczorem, gdy ulice w mieście wyludniły się, w domach rozbłysły światła choinek i rozbrzmiały świąteczne kolędy. Oglądając to w telewizji, raz jeszcze poczułem się bardzo samotny. Nie było spóźnionych życzeń. Nie pamiętam, jaką funkcję uruchomiłem na portalu „Google”, że pojawił mi się portal dla Singli MyDwoje.pl”. Już samo wyjaśnienie, że jest to portal dla singli, zainteresowało mnie na tyle, że zacząłem przeglądać jego zawartość. Kojarzenie osób samotnych, zrozumienie ich potrzeb, ustawienie przedziałów dla ich wieku, uwzględnianie ich zainteresowań… wydało mi się bardzo interesujące. Przejrzałem ankietę. Była bardzo dobrze opracowana. Widać w niej fachową rękę psychologów. - To na pewno profesjonalny portal – pomyślałem i wbrew własnym uprzedzeniom do podobnych kącików matrymonialnych w czasopismach, na jakie już miałem okazję natrafić, powiedziałem sobie: pożegnaj swoją samotność i postanowiłem zarejestrować się i wypełnić stosowny kwestionariusz ankiety.

Zofia: O portalu dla Singli  „My Dwoje” dowiedziałam się od swojej koleżanki Iwonki, która jest psycholożką i powiedziała, że to bardzo dobry portal, oparty na podstawach naukowych. Gdy dwa tygodnie wcześniej zarejestrowała się, otrzymała kilka propozycji od różnych panów, które bardzo łatwo było jej sklasyfikować. Miała rację, sprawdziłam. Długo wahałam się, zanim podjęłam decyzję, że wypełnię ankietę. Postanowiłam też, że będę szczera do bólu, niczego nie będę ukrywać. Bo jeśli napiszę nieprawdę, to mogę wzbudzić zainteresowanie osoby, której wcale nie chciałabym spotkać. I nawet co do zdjęcia nie starałam się niczego upiększać. Zamieściłam „surową” fotkę; saute – tak, jak rzeczywiście wyglądam, podczas pracy w swoim ogródku, bez zbędnego makijażu.

Jan: Zosia ma rację. Mnie też najbardziej spodobało się w tym portalu to, że został opracowany fachowo, a ankieta obejmowała wszystko, co chciałbym wiedzieć o partnerce, z którą miałbym przyjemność nawiązać znajomość. W ten wigilijny wieczór czułem się taki samotny. Wypełniłem ankietę, odnajdując w niej swego powiernika. Propozycję kontaktu otrzymałem od dwóch pań, a w następnych dniach grudniowych od kilku kolejnych. Wybrałem sześć spośród spełniających oczekiwane kryteria. Przyznam, że byłem dumny, a zarazem wielce zakłopotany. Dumny jak paw, że aż tyle kandydatek wyraziło chęć kontaktu ze mną. Zakłopotany, bo w młodości utrwaliłem sobie powiedzenie „dostać kosza”, które nie należało do przyjemnych. Nie lubiłem ani go dawać, ani tym bardziej dostawać. A przecież musiałem się liczyć z tym, że po jakimś czasie bliższego poznania trzeba będzie wybrać tę jedną - jedyną! I tutaj też funkcjonowanie portalu „MyDwoje.pl” bardzo mi się podobało. Prowadzenie za jego pomocą korespondencji zezwala na śledzenie historii znajomości, zapewniając jej indywidualny, zamknięty dla partnerów, charakter. Oczywiście że odpowiedziałem tylko na propozycje pań, z którymi nasze zgodności charakterów określono powyżej 80%. Dwie z nich określono aż na 87%. Po wstępnej fazie korespondencji z czterema paniami przeszedłem na bardziej osobisty tryb kontaktów e-mail i telefonicznych. Poznawaliśmy się bliżej, wymieniając interesujące nas informacje, rozmawiając o wszystkim. Wydawało mi się to ważne, żeby za pochopnie nie proponować spotkania, które mogłoby mój ostateczny wybór ograniczyć. Mając zresztą za sobą taki szmat czasu pozostawania w samotności, wcale nie czułem potrzeby pośpiechu w doborze partnerki. Po dwóch miesiącach wirtualnej znajomości tylko Zosia była bez wad. Miała jedną: mieszkała nad morzem, a to znaczy, że w obszarze moich zainteresowań znalazła się przypadkowo, gdyż ten obszar geograficzny wyłączyłem w swoim zgłoszeniu. Odpowiedziałem na propozycję kontaktu dlatego, że skusiło mnie owe 87% zgodności cech charakteru i… brak retuszu na zdjęciach.

Zofia: Bardzo bałam się tego spotkania z Janem. Przeciąganie znajomości przez Internet nawet mi się podobało. Przyzwyczaiłam się już do jego e-maili i telefonów i mówiąc szczerze, wmawiałam sobie, że one mi wystarczą. Nie narzucałam się mu, mimo iż wewnętrznie czułam, że jest tą najwłaściwszą osobą, z którą chciałabym się poznać osobiście. Czasami wydawało mi się, że się mną bawi. A kiedy mu o tym powiedziałam, wyznał, że czeka, bym oswoiła się z myślą, że nie muszę na co dzień być samotna, i że nie zawsze należy wierzyć pogłoskom, że przez Internet nie można spotkać bratniej duszy. Kiedy pod koniec zimy zwierzył się, że ma kłopoty ze strunami głosowymi, zapytałam, kiedy ostatnio był nad morzem. Byłam zaskoczona, że przez tyle lat można nie oglądać naszego pięknego Bałtyku. Jan nawet nie pamiętał, kiedy odpoczywał nad nim; dziesięć czy więcej lat temu? Gdy zaczęłam snuć opowieści o dalekich podróżach i wyjawiać swoje marzenia, w których podróżowałam nie tylko po Polsce, zwiedzałam góry, ciekawe zamki i urokliwe miejsca przyrodnicze, Jan przyznał, że jeszcze niedawno też marzył o tym. Z konieczności jednak nauczył się nie marzyć. Byłam na niego oburzona. Nie można żyć bez marzeń! Przecież one mają to do siebie, iż mogą się nie spełniać, ale… jak bardzo chcemy…I stało się. Przyznał wtedy, że od kilku tygodni marzy, żeby mnie poznać, ale nie potrafi zaproponować kobiecie, by do niego przyjechała. To nie leży w stereotypie jego poglądów i postępowania. Nie miałam innego wyjścia. Zresztą podobał mi się ze zdjęć, a i nasza dotychczasowa znajomość upewniała mnie w tym, że nic złego z jego strony spotkać mnie może. I te jego struny głosowe... Chciałam mu pomóc. Na moją propozycję, żeby do mnie przyjechał na długi weekend, odparł, że wolałby, żebym mu załatwiła jakieś lokum z ciepłą wodą i ogrzewaniem (było jeszcze zimno) w pobliżu siebie. Na tydzień. Pokryje koszty. Nie protestowałam.

Jan: Zosia wyszła po mnie na dworzec. Truchlałem z niepewności. A jak jej wyobrażenia będą zbyt odległe od oczekiwań? Moja blondyneczka wyglądała dokładnie tak, jak się tego spodziewałem. Przyjęła mnie ciepło i serdecznie. Gdy trwaliśmy w długim przytuleniu, wiedziałem wszystko: to ona. Na nią czekałem tak długo.

Zofia: Janowi tak się spodobało u mnie, że już przy drugim spotkaniu zaczął snuć wspólne plany. Na wiosnę nie mogłam z przyczyn zawodowych odwiedzić go w jego mieście, przyjeżdżał więc do mnie. Jak się okazało, odległość była tylko wykrętem. Dzisiaj byłby za mną pojechał nie tylko w drugi koniec Polski, ale jak twierdzi „na koniec świata także”. Wszystko co wcześniej przeczytałam o nim w ankiecie portalu „MyDwoje.pl”, potwierdziło się. Jest ciepły, opiekuńczy i męski. Troszczy się o mnie, jak nikt dotąd o mnie się nie troszczył. Przede wszystkim wyrwał mnie z zaściankowości mojego podwórka. Zaczęliśmy wyjeżdżać na wycieczki, zwiedzać region, chodzić do kina, muzeum, kawiarni. Mamy wspólne zainteresowania, które umiejętnie i zgodnie dzielimy. No i zaakceptowały nasz związek nasze dzieci. Ba, jego czteroletni wnuczek tak mnie polubił, że obiecuje mi, że gdy dorośnie, to się ze mną ożeni.

Jan: Bardzo chciałem, żeby Zosia poznała mój świat, moje środowisko. Żeby zrozumiała, że nie tylko dlatego, że pokochałem morze, czuję się u niej dobrze. Żeby także u mnie poczuła się jak u siebie w domu. Tak się stało wreszcie. Moje mieszkanie przypadło jej do gustu. Jest znacznie większe, więcej w nim swobody, ale przede wszystkim dużo kwiatów, które ona uwielbia. Teraz mieszkamy na dwa domy. Dwa tygodnie u niej, dwa u mnie. Moi przyjaciele zaakceptowali Zosię od razu. Nie wyobrażają sobie bez niej żadnej wycieczki w góry, żadnego większego towarzyskiego spotkania. Zosia świetnie gotuje. Zna się na sztuce, literaturze. Można z nią porozmawiać o wszystkim. Odkąd się poznaliśmy, ani razu jeszcze się nie posprzeczaliśmy. Ot, sielanka, a wszystko dzięki portalowi „MyDwoje.pl”.

 

 
życzenia
Podobne pary: 60+
Marianna i Tadeusz
Elżbieta i Michał
Regina i Stefan

Podobne pary: po przejściach/ po rozwodzie
Joanna i Roman
Justyna i Andrzej
Anna i Sebastian

Dołącz do nas!
* POLA OBOWIĄZKOWE
e-mail:*
hasło (min. 6 znaków):*
powtórz hasło:*
jestem:*
  kobietą piksel
  mężczyzną
data urodzenia:*
skąd znasz mydwoje.pl:
*Akceptuję Regulamin oraz Politykę prywatności Serwisu
Tak, chcę być informowany o w trendach i ofertach specjalnych dla Singli. Rezygnacja jest możliwa w każdej chwili.

lub zarejestruj się przez Facebooka
facebook register
Zadzwoń lub napisz do nas




tel: (22) 201 25 89
fax: (22) 201 25 87


codziennie 9.00 - 24.00
Twarze MyDwoje
Oferty zagraniczne mężczyzn
poprzedni
następny
MyDwoje - krok po kroku

powered by WEB interface
Serwis MyDwoje.pl wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie.
Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.   Akceptuję
zamknij