24 grudnia 2009 r. Trzask łamanego opłatka otulony wonią wigilijnego karpia i szept mężczyzny tuż przy twarzy kobiety: „Kochanie… abyśmy spełnili nasze marzenie i mogli zamieszkać w naszym małym, własnym domku”. Ona delikatnie muska jego usta, wtula się w jego pierś i wzruszona wyznaje: „Kocham Cię”... Któregoś wieczoru, gdy surfowałam w Internecie, wpadła mi w ucho reklama „MyDwoje.pl”. Hm, hm, pomyślałam... Dlaczego nie spróbować w internetowym biurze matrymonialnym poszukać mężczyzny dla siebie? Mam 37 lat i utraciłam parę lat temu wzrok, nie wspominając tu o innych powikłaniach cukrzycowych. Lubię wyzwania – taką mam naturę przesyconą upartością zodiakalnego Barana.
|


Justyna, 37 lat, własna działalność Andrzej, 46 lat, koordynator prac wysokościowych
81% PD (Punkty Dopasowania MyDwoje.pl)
Pierwszy kontakt: 10 czerwca 2009 r.
Pierwsze spotkanie: 3 lipca 2009 r.
Ślub 5.12.2009 r.
***
Cieszymy się z Waszego szczęścia!
Życzymy Wam wielu pięknych dni razem! Zespół MyDwoje.pl
***
Szczególne podziękowania dla Berniego, który w chwili mego zwątpienia namówił mnie na przedłużenie abonamentu na MyDwoje.pl i który również tu jest.
Justyna i Andrzej
|
Klikałam do „wybrańców” i nijak nie udawało się nawiązać bliższej znajomości, nawet przyjaźni. Albo nie byłam w typie, albo byłam za mądra, za niemądra i takie tam różne, „różniste” wymówki. Stopniowo uświadamiałam sobie, że niewidoma dziewczyna musi iść do odstrzału... I tak po dwóch miesiącach serce me owionął chłodny dystans uwieńczony zgorzkniałym zniechęceniem, kiedy nieoczekiwanie popołudniem 10 czerwca w odpowiedzi na którąś z szablonowych zaczepek z głośników komputera popłynęły wypowiadane głosem „sztucznego gadacza” słowa:
Cześć. Jak tam dzionek minął? jestem wolny jak orzeł, silny jak tur, oczywiście na życie. OK, dość tych opowiadań, troszkę bardziej przy ziemi. Jestem katolikiem niepraktykującym, lecz o zdrowym umyśle, z szerokimi horyzontami. Chętnie poznam Ciebie wirtualnie, chyba że podasz e-mail, to wymienimy się zdjęciami. Co Ty na to? (Wiem: jak na lato). OK, to był żart. Weź to wężykiem. Albo podaj GG, to pogawędzimy, dobrze? Pozdrawiam! Miłego wieczorku życzę! Andrzej, pa
Nie dowierzałam troszeńkę uszom, które i tak są wysubtelnione na odbiór całego świata dźwięków, lecz położyłam dłonie na klawiaturze napisałam:
Andrzejku!
Oby na uwznioślaniu i ukwieconej korespondencji się nie skończyło, bo jestem kobietą z krwi i paru namacalnych układów. Mam w sobie głos, który instynktownie podszeptuje mi o potrzebie posmerania męskiego „co nieco”.
I oto swoista symfonia słodko-kwaśnych liścików poczęła rozbrzmiewać i trącić swą przemyślaną barwnością słów. Chłodny dystans serca ustępował szelmowskiej ciekawości, która stopniowo wzbierała i pchała mnie ku temu właśnie mężczyźnie. Te liściki były niczym maleńkie niezapominajki, które swym urokiem, niebieskością, samym swym jestestwem, zanim się spostrzegłam, poczęły radować sfatygowane me serduszko. Naturalnym rytmem swego prawdziwego „ja” odkrywałam mu swoje życie z wszystkimi moimi małymi zwycięstwami i bolączkami – i czułam, jak tym przyciągam go ku sobie.
Pierwsza rozmowa trwała prawie 2 godziny. Zaskoczył mnie chłopięcy głos, niepasujący do jego 46 lat – łagodny, aczkolwiek pobrzmiewający nutką zastanowienia, czy to, co mówię srebrnym, uśmiechniętym głosem, jest ułudną grą, czy nieskażoną szczerością. Wyczuwałam jego analizę trzepoczącą prędkością myśli niczym ruchy skrzydełek maleńkiego koliberka i poprzez niwelowanie obaw swą prawdomównością obnażałam swoje przekonania, pragnienia, zachowania, ułomności, słabości. Chciwie chłonęłam tembr jego głosu, kiedy po ciężkim dniu w pracy opowiadał w nocy o swej pile łańcuchowej, którą powala wielkie drzewa, gdy czasem stoi wysoko na zwyżce, manewruje mieczem, nie zna lęku. Wiedziałam, że podziwia mnie za moją zaradność i spryt w prowadzeniu małej firmy z branży porządkowej. Z naszych nieśmialutkich marzeń kreowały się całkiem kształtne wizje prowadzenia wspólnie interesu... Silne pragnienie dotyku, fizycznej namacalności, nadawało impetu naszej znajomości, a letni czas kusił niczym słodycz na dnie szklanki, którą oboje chcieliśmy wypić do dna.
3 lipca 2009 r. Zamotaliśmy się oboje nieprzyzwoicie w romantyczną sieć: zaszyliśmy się w drewnianym domku na skraju Puszczy Nadnoteckiej. Przybył do mnie swym dużym, białym transporterem z zapakowaną piłą i kwiatami, co zmalowało w mej głowie obraz Rycerza z wielkim mieczem na rumaku Albino. Nie ośmieliłam się dotykać jego rysów twarzy, by ją „ujrzeć” w pierwszym zetknięciu. Ciepło dłoni i smak powitalnego pocałunku stały się tą kropką nad „i”.
Zakochanie oplotło nasze serca, zmysły, ciała jedwabną nicią pożądania siebie w każdym wymiarze.
Zabawna historia była z domkiem, który zorganizowałam na pierwszą randkę. Gdy kodowałam dokładnie opis miejsca, do którego mieliśmy dotrzeć i odnaleźć klucz pod doniczką na werandzie, przekazałam wszystkie istotne wskazówki Andrzejowi. Jakież rozczarowanie było, kiedy dom okazał się ruiną jawiącą się zaniedbaniem i pustostanem. Szukaliśmy jednak klucza pełni mieszanych uczuć, kiedy niczym zjawa z zaświatów ukazała się starowina o demonicznym nieco wyglądzie Baby Jagi z wyłupiastym okiem. Istota owa przemówiła ludzkim głosem i wyjaśniła, że agroturystyka, której szukamy, jest 0,5 km dalej. Chwila grozy minęła i milion kilogramów kamieni spadł z mego serca bezpowrotnie, gdy znaleźliśmy się wśród ciszy drzew, przeplatanej rżeniem koni, szczebiotaniem ptaków w przesyconym sosnowym zapachem powietrzem.
Każda komórka mego ciała wibrowała rytmem motylich skrzydeł, kiedy te czterdzieści milionów centymetrów dzielących mnie od Andrzejem nagle znikło i jakaż to magia sprowadziła przystojnego Częstochowianina ku takiej sobie niewidomej Wielkopolaneczce. Czar to nie lada: z zaplanowanych 3 dni zrobiło się bowiem 6, a dzień rozstania niczym sentymentalny melodramacik wyciskał z naszych oczu łzy. I znów czterdzieści milionów centrymetrów stało się przestrzenią wysyconą tęsknotą bliskości i pragnieniem namacalności, którą – o dzięki Matko Wynalazków – sztucznie niwelowała rozmowa telefoniczna bądź internetowa. Na początku lipca uaktywniłam w firmie nową usługę dotyczącą wycinki drzew i formalnie Andrzej rozpoczął ze mną współpracę zawodową. W miesiąc później zapadła decyzja o mojej przeprowadzce do Częstochowy, ale lekko nie było...
9 sierpnia 2009 r. Z krwiobiegiem pulsującym adrenaliną pakowałam mały mój babski mająteczek i modliłam się o dobry rozwój wypadków, bo wiedziałam, że wszystko stawiam na jedną kartę, a rodzice mają obiekcje. Tato leniwie puszczał błękitny dymek ze spalanego papierosa, siedział na ganku i w milczeniu czekał na mego Rycerza. No i doczekał się... Wracałam właśnie ze spaceru z mym Zefirkiem, labradorem przewodnikiem, kiedy zastałam ich razem na progu domu rozmawiających w dobrym, zdrowym klimacie.
„Andrzejku”, odezwałam się i rozpłakałam jak małe dziecko. „Już dobrze, Justynko, wszystko jest dobrze, wyjaśniłem wszystko i zabieram Cię ze sobą”. I utonęłam w jego ramionach z twarzyczką tuż przy jego sercu, cała w szczęśliwości i gotowości na nowe wyzwania. Sama nie wiem, kiedy to się stało, jak ujął moją dłoń i dyskretnie wsunął pierścionek na serdeczny palec. „Cóż to?”, szepnęłam zaskoczona.
„Czy zostaniesz moją żoną, Królewno?”
„ Tak, kochany, zostanę”
Nasze usta spotkały się i przelewaliśmy z warg do warg to wszystko, co nie sposób ubrać w słowa, a błądzące dusze – jak nam się zdawało – zakończyły swe poszukiwania. Czas wartkim nurtem rzeki biegł do przodu, zamieszkałam w Częstochowie, urządziłam wynajęte mieszkanie tak, aby czuło się ciepło i kobiecą rękę. Zefir znalazł swoje miejsce przy piecu, firmowy sprzęt do prania tapicerki i parownica poszły w ruch, pojawiły się firanki w oknach, a umeblowanie przeszło prawdziwą rewolucję. Andrzej pokornie, z cierpliwością szachisty – jest zresztą mistrzem w tej grze – spełniał moje zachcianki. Aczkolwiek kiedy zabrałam się za segregację śrubek, gwoździ, nakrętek i innego rodzaju drobnicy, pogroził mi palcem i kategorycznie zakazał ingerować w „jego męskie szpargały”.
Wspólne życie stało się dla nas jak chleb powszedni, potrzebny każdego dnia – czy to świeży, pachnący, czy z lekka czerstwy, lecz dający sytość i zdrowie. Smakujesz go tak samo, lecz z różnymi dodatkami, by urozmaicić smak podniebienia i dać organizmowi potrzebnej energii.
5 grudnia 2009 r. Siedzimy oboje w fotelach fryzjerskich. Pan Marek niczym Edward Nożycoręki opracowuje fryzurę dla Andrzeja, a ja podaję wałki jego żonie, by pokręcić się na „kręciołka”. Znów jesteśmy w mym mieście rodzinnym. Tym razem jako główni bohaterzy. Moja wspaniała mama zorganizowała wszystko na nasz ślub: przyjęcie w hotelu „Neptun”, noclegi dla przyjezdnych gości, a także zadbała o słodkości i napoje wyskokowe. Wszyściutko w mej głowie rozbrzmiewało wdzięcznością ku Bogu, który sprawił, że umysły tych ludzi, którzy dystansowali się do małżeństwa niewidomej dziewczyny z rozwiedzionym facetem, dotknęło oświecenie na stworzenie takiego związku.
W długiej, szafirowej sukience z bukiecikiem kremowych różyczek w stylowo dopasowanych niebieskich okularach, wspierałam się na ramieniu przystojnego szatyna w czarnym garniturze, któremu wykwintnego wykończenia nadawały złote spinki przy mankietach oraz szarmancka mucha. I tuż po ceremonii zawarcia aktu małżeńskiego przyjmowałam gratulacje często okraszone łzami i wzruszeniem. Oboje z lekka oszołomieni w dyskretnym dotyku dłoni czuliśmy eteryczną więź, która splatała nasze jestestwa, a w umysłach pobrzmiewało pianissimo melodii słów:
”…i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe”.
Małżonek mój przyjął moje nazwisko, decyzję podjął bez wahania. Postanowił odejść od przeszłości i bolesnych wspomnień. Miałam okazję poznać jego dzieci i – jak mi się zdaje – mamy dobry kontakt, lecz na tyle, na ile jest on potrzebny. Zresztą dwoje jest dorosłych, a najmłodszy 9-letni syn, ciekawy świata, chętnie słucha o nowinkach technicznych ułatwiających życie niewidomym. Ba! Grywamy razem w warcaby i pichcimy w kuchni.
Mija 6 miesiąc, jak zakwitły pierwsze pierwiosnki zwiastujące budzenie się do życia naszej miłości, za oknem zima niewinnością białego śniegu zauroczyła przyrodę, a my przygotowujemy się do naszej pierwszej wspólnej Wigilii. Choinka skrzy się blaskiem migocących lampek, przywołuję z pamięci jej obraz z lat, kiedy jeszcze widziałam, zaciągam się jej leśnym zapachem, bo mój kochany postarał się dla mnie o żywą. Stół świątecznie ubrany wabi podniebienie rozmaitością potraw, w radiu snują nastrojowe kolędy...
„Justynko… proszę” i słyszę trzask łamanego opłatka.
„Kocham Cię”
Justyna i Andrzej
Listy do Justyny i Andrzeja
|
|
Otrzymano: 21.01.2010 godz. 00:19
Słówko do p. Justyny...
Chcialam przekazać wiadomość dla Pani Justyny, która wygrała Konkurs Tegoroczny na Pare My Dwoje :-). A mianowicie przepieknie, poetycko, malowniczo opisala to, co się rodziło w jej sercu i jej partnera. Jestem pełna podziwu, że okreslała siebie jako *ta do odstrzału*. A jednak pewien człowiek czekał na Nią w życiu, by to życie dalej wieść z Nią, z pełnym sercem i wrażliwoscią. W pełni popieram werdykt Jury :-) Natchnęła mnie ta opowieść nutką... nadziei..., że moze i ja, wieczna malkontentka... też ma swoje szczescie 'ukryte' w osobie z MyDwoje.pl, a może dopiero się ona zapisze? :)... Bardzo proszę przekazać słowa miłe ode mnie dla zwyciezkiej PARY.
Joasia
Joasia, lat 35, wolny zawód, Poznań K37461AC |
 |